Reaktywacja:

1. przywrócenie oficera w stan służby czynnej;

2. stosowanie koordynacyjnych ćwiczeń gimnastycznych, umożliwiające inwalidom swobodne poruszanie się i wyuczenie nowego zawodu;

3. wznowienie funkcjonowania, powrót do dawnej działalności

Zapraszam serdecznie.

Życie nie przestaje mnie zaskakiwać. Niemalże codziennie wystawia na próbę cierpliwość, kpi sobie ze snutych planów i gdyby spersonifikowało się kiedyś w coś czemu można by było zrobić testy psychologiczne (i przy okazji walnąć w pysk), wyszłoby, że posiada maniakalno-neurotyczno-psychopatyczną osobowość, z zaburzeniami borderline i schizofrenią, uwielbia ludzi ale jednocześnie ich nienawidzi oraz wykazuje się niezwykle wyrafinowanym poczuciem humoru tudzież jego brakiem. Jest jednym słowem popierdolone.

Pozwólcie, że wyleję się ze swoim osobistym dramatem i poczekam na interwencję pogotowia wsparcia społecznego.

Wczoraj życie zaskoczyło mnie dwa razy. Nie żeby dotąd tego nie czyniło, po prostu wczorajsze zaskoczenia były wyjątkowe. Pierwsze nastąpiło porą nocną, kiedy zaciekawiony szmerami dochodzącymi z pokoju postanowiłem sprawdzić, o co chodzi.. i ku mojemu zdziwieniu chodziło o rabusia, który nie zrażony światłem salonowym gdzie przebywałem, eksplorował zasoby mojego pokoju. Wlazło bydle to najpierw po drabinie, a potem przez otwarte okno i postanowiło mnie ograbić.  Przygotowany raczej na kota albo inne niewiadomoco, poczułem się co najmniej zaskoczony humanoidalnym kształtem szperającym w MOJEJ komódce. Nastąpiła półsekundowa przerwa na ciąg AHA! efektów: ojej!To nie kot! – więc co? – może nie mój pokój? – nie no, mój – może mam zwidy – nie mam – to Jest! – to jest Ktoś! – może współlokator! – nie.. on jest niższy – może Inny Kolega? – zapukałby! – hmm.. – no to jakiś chuj! – Ty kuuuurwa chuju..!!

Ostatniej frazie pozwoliłem swobodnie wydobyć się z moich ust. Niestety efekt zaskoczenia jaki spowodowałem był mniejszy od efektu zaskoczenia spowodowanego przez czarnego charaktera, co dało mu niezbędną przewagę w dotarciu do okna. Pomimo intensywnego pościgu i inwektyw ciskanych w zuchwalca niczym pociski, żadne z nich nie raniło celu i nie udało mi się dogonić padalca.

Wyższość adidasów nad klapkami typu japonki w biegach sprinterskich została boleśnie udowodniona w eksperymencie naturalnym.

Wtedy właśnie życie postanowiło zaskoczyć mnie po raz drugi kiedy moje wyczynowe obuwie nie wytrzymało konfrontacji z ruchem rotacyjnym kończyn dolnych. Wektor ruchu „w przód”  zamienił się niebezpiecznie w ruch „w dół”, przekroczył punkt krytyczny i przejechałem śledziem po asfalcie zostawiając na nim całkiem pokaźną próbkę swojego DNA.

Osobisty dramat jaki wylewam w blogosferę manifestuje się zmasakrowanymi dłońmi, moimi narzędziami pracy. Brutalnie zeszlifowaną kostką boczną strzałki tuż pod kolanem, gdzie teraz zamiast „górki”, efektownie zieje dziura i zalotnie mruga biel kości. Nie wspominając już o niedopadnięciu złoczyńcy, gigantycznej bezsilności i obezwładniającym poczuciem braku rekompensaty poniesionych strat.

I tylko połowicznie dramat ten skończy się z chwilą zdjęcia bandaży. Będzie trwał dopóki komórki nerwowe w mózgu nie wyślą ostatnich wyładowań elektrycznych, odpowiadających za analizę zdarzenia milisekunda po milisekundzie podpowiadając tryliardy modyfikacji zachowania dających te brakujące pół sekundy, kończących się dopadnięciem gada i oddaniem go w ręce sprawiedliwości. Nie skończy się do momentu kiedy przed zaśnięciem nie skrócę rozmyślania z dwóch godzin do mrugnięcia okiem.

Nie skończy się dopóki nie pogodzę się z faktem, że takie właśnie jest życie.

Popierdolone.

Może dlatego tak bardzo je lubię. Czego i wam życzę.

Dla wszystkich zmagających się z własnymi (nie)szczęściami:





P.S. I to minie..

P.S.2 Porzucam pierwotny plan czekania na wsparcie. Jeszcze życie sobie pomyśli, że nie traktuję go poważnie, albo że nie posiadam umiejętności uczenia się i zakpi sobie zaskakując mnie po raz trzeci.

P.S.3 Ograniczenie mobilności i głębszy związek fizyczno-emocjonalny z sofą ma pozytywny wpływ na pisanie postów. Nie ma tego złego.. hehehe..

Postanowiłem uknuć kilka Nowych Myśli.

Nie po raz pierwszy zresztą.

Przymierzam się do „posta numer dwa” już któryś raz z kolei. Nie dlatego, że nie mam nic do powiedzenia – wprost przeciwnie. Za każdym razem jednak napotykam na różnego rodzaju przeszkody, co to się jak zawodnicy futbolu amerykańskiego pod nogi nachalnie rzucają, próbując uniemożliwić dotarcie do linii końcowej.

Napastnik z numerem „1” nazywa się Brak Weny. Pochodzi z rodziny Braków mających wieloletnie tradycje i bardzo lubi to, co robi. Weny stosuje niezliczoną ilość sztuczek, które skutecznie nie dają mi dokończyć tego co zacząłem.

Taki oto banalny przykład: Siedzę sobie z filiżanką herbaty (a w zasadzie Herbaty, bo to nie taka sobie zwykła herbata, a parzona-na-specjalne-okazje i w dodatku nieposłodzona, żeby zasmakować w aromacie, co w moim przypadku zdarza się.. raz na pół roku. I to nie z powodu braku cukru), moje uszy pieści muzyka taka w sam raz i do tego z małego talerzyka uśmiecha się do mnie figlarnie ciasto upieczone przez znajomą. I siedzę tak przed klawiaturą, uśmiecham się jak głupek, bo czuję, ba!, wręcz widzę piękną Wenę zbliżającą się w moim kierunku.. po chwili siada obok mnie na wymyślonym szybko krześle i razem zaczynamy pisać.. ona jedną literkę, ja następną.. ona, ja.. i tak się uzupełniamy. Nagle w okolicach końca pierwszego akapitu słyszę, jeszcze trochę niewyraźnie, ale już WIEM.. to z zawrotną prędkością zbliża się Brak Weny.. zanim zdążę nacisnąć enter, spację i rozpocząć nowe zdanie Weny jest już przy nas, wytrenowanym kopem z wyskoku strąca Wenę z krzesła, która chyba przyzwyczajona do takiej kolei rzeczy nawet nie próbuje protestować. Następnie rozsiada się Weny na wolnym już krześle, zapala „sporta”, opiera łokcie o uda pochylając się w kierunku monitora i wertuje co dotąd zdążyłem napisać. Wciąga głębokiego macha, krzywiąc twarz w grymasie pt.”O jaki duży mach zrobiłem”, wypuszcza go wolno po czym z miną znawcy zaciska wargi i kiwa głową gratulując sobie zapewne w myślach dobrze wykonanej roboty.

Ot, smutna historia.

Czasami udaje się jednak Weny’ego odurzyć różnymi specyfikami. Jako osoba z zacięciem sportowym nie jest w tym zbyt dobry więc zdarzają się małe sukcesy. Sto lat, sto lat!

Ku pobudzeniu nie tylko zmysłu wzroku, wrzucam wam nutki. Dostałem je z dedykacją „na wiosnę”. Mimo lata w pełni – nadaje się bardzo. Smacznego.

Przystanki istnieją w celach różnych. Dla jednych głównym powodem, dla którego przystanek istnieje, jest czekanie na autobus. To dość trywialny powód, któremu jednak nie można odmówić praktyczności.Dla innych przystanek istnieje po to, by zatrzymać się obok niego i zgarnąć ludzi znajdujących się na nim z tego pierwszego powodu. Jest jeszcze inna grupa ludzi, których przystanek-wiata przeraża, irytuje lub wręcz wkurwia. Dla tych ludzi słowo przystanek wywołuje nieprzyjemne ciarki w okolicach kręgosłupa  (coś jak niektórzy mają ze styropianem, ja mam, albo z szeleszczącymi cukierkami. Mam również.), a cała idea wydaje się być mglista i niezrozumiała. Oni przystanków po prostu nie ogarniają. Świadomość nędznej egzystencji tego tworu wywołuje u nich mimowolne skurcze kończyn górnych, dzierżących zazwyczaj coś bardziej konkretnego. Ta część społeczeństwa, należy to powiedzieć – jak żadna inna, przystanki po prostu uwielbia i kocha. Rozpierdalać. (swoją drogą sieczka zamiast przystanku tak bardzo mi nie przeszkadza. Dachu raczej nie obracają w wiór (napisałem „raczej”) bo wysoko i im się najzwyczajniej nie chce, więc deszcz mi nie straszny. Ale dla debili, którzy zdzierają rozkłady, powołałbym Instytut Obmyślania Kar Strasznych i Niszczących, któremu z chęcią bym prezesował).

Rozpisałem się o wielbicielach przystanków, ale są też przecież ludzie, którzy ich nie znoszą. Żeby nie szukać daleko – wszyscy zajmujący się sklejaniem ich resztek na powrót w całość po miłosnych ekscesach tych poprzednich.

Jestem pewien, że istnieja gdzieś-tam ludzie – przystankomaniacy, zbierający naklejki, pocztówki, wycinki z gazet, stare rozkłady,  drewniane fragmenty poniemieckich haltestelli, którzy pewnie dłubią sobie w garażu nad repliką przystanku z Ciężkowic.

Muszą wreszcie istnieć przystankofile, którzy jeśli nie dojdą do przystanku na czas, to nigdy nie dojdą.

Ja osobiście za przystankami nie przepadałem. Hmm.. albo może inaczej – nie znosiłem czekania na nich. Tej irytującej straty czasu, beznadziejnego robienia „prawie nic” (bo robić prawdziwe „nic” to jest Coś!), wypatrywania magicznego numeru, normalnie jak w totku, który spóźnia się, powodując, że przystanek stawał się miejscem coraz bardziej irytującym. Czekanie na przystanku plasowało się mniej więcej między staniem w korkach (Najgorzej. Prawie), a przymusową defekacją w toalecie publicznej. Wolałem biec na autobus i wskoczyć w ostatniej chwili. Ideał..  perfekcja.. nie żadne tam sruty tuty z wychodzeniem 15 minut przed czasem.

Przystanek był i będzie. Czy się to komuś podoba czy nie. Pekaesu, Woodstock, Alaska.. drewniany, stalowy, stylowy.. modern i old faszyn. I tak jak zmieniają się przystanki, tak zmienia się podejście do nich. W tym i moje.

W tym miejscu czas jednak na „Przystanek na Wszelki Wypadek” – dla osób niecierpliwych, lekko zdegustowanych czy też tych, które kompletnie nie mają pojęcia co się dzieje. Dla pozostałych też, bo może dam radę i opowiem jakiś dowcip. Który może nawet okazać się śmiesznym.

Spieszę wyjaśnić, że nie rozpisuję się o przystankach z powodu przynależności do, raczej wąskiej, grupy przystankofilów. Nie katuję was nimi z powodu Ewy Kasprzyk czy Beaty Sadowskiej, które (jak możecie się dowiedzieć z wyczesanych serwisów wuwuwu.pudelek.pl i nocoty.pl) na tychże parkowały.
Nawet nie mogę się usprawiedliwić tym, że lubię literkę „p”.

Rozwlekam się o nich, żeby was zmęczyć (to w stosunku do niektórych z pewnością mi się udało), wygimnastykować i rozciągnąć. To taki crash test ogarniania i wyobraźni. Nad wyraz skromny, ale jest. Przystanek-wiata jest tylko wstępem, zabawnym (przynajmniej dla mnie) pretekstem  do tego, żeby przenieść się w miarę bezboleśnie, ale przede wszystkim z należną uwagą do Przystanku, nazwijmy go Właściwego, o którym już niebawem.

(Zrezygnowawszy z kolejnych kilku akapitów, które miały was zgnębić do cna i wytelepać jak jazda drewnianym wozem na pełnej piździe po kocich łbach, zapraszam do kontynuowania lektury)

(Aha, byłbym zapomniał – dowcip postanowiłem dać na końcu, bo zawierający nieco abstrakcji, zepsułby mi tutaj klimat.)

Przystanek zacząłem traktować inaczej przebywając w krainach nie tak bardzo zimnych i ciemnych jak to się niektórym wydaje. Troszkę, ale nie tak bardzo północnych, a już na pewno nie takich, gdzie łatwo spotkać łosia mimo sporej ilości znaków przed nim ostrzegających. Tutaj właśnie zmieniło się moje podejście do przystanków.

Do tych materialnych z powodu banalnego – po prostu ich nie używam. Mam samochód.

Do przystanku Właściwego – z powodów nazwijmy je – innych. I tak przez pierwsze półtora roku tutaj miałem po prostu mnóstwo czasu, które z braku pomysłu, chęci i ogólnie pojętego lenistwa (tutaj część mnie krzyczy „co Ty kurwa piszesz, przecież to nie było tak! I ja wiem, że to tak nie było, a przynajmniej nie do końca, ale o tym kiedy indziej. Na razie: com napisał – napisałem) postanowiłem spędzić na introwertywnym wpatrywaniu się w samego siebie, rozmowach ze swoim alter ego przy robieniu porannej jajecznicy i próbach zmiany się-samego, która jakoś sama nadejść nie chciała.

Mimo braku osiągnięć w sferze „prosperity” powoli ewoluowałem w sektorze „nawyki”. Z przystanku „bad habits” wsiadłem w pociąg dość dalekobieżny pt. zmiana. I choć prędkością dorównuje pośpiechowi „mknącemu” przez Mysłowice, mam nieodparte wrażenie, że zmierza we właściwym kierunku.

Zmiana jest dobra. Zmiana jest OK, żeby nie powiedzieć – cool. No chyba, że zmieniamy Mercedesa na Żuka (który mimo swoich niewątpliwych zalet, jak na przykład drewniana podłoga, którą możemy sobie w razie potrzeby napalić w piecu, jest jednak pojazdem nieco mniej wygodnym. I ciężko brać nim zakręty przy prędkości powyżej 40km/h. Bo się przewraca). Zmiana jednak w druga stronę jest jak najbardziej cool (no, chyba że dowozimy kartofle z pola na pobliski targ, to wtedy na cholerę nam mercedes. Chyba, że vito.. ok.. poddaję się).

Dobra zmiana nie jest zła. Ona jest potrzebna. Trzeba tylko wiedzieć co zmieniać, w co zmieniać i jak zmieniać. I z tego powodu tak pieprzę o tym przystanku. Bo wydaje mi się, że dzięki niemu właśnie można się do niej zbliżyć.

Żyjemy w cokolwiek szybkim tempie. Mamy czas na myślenie o pracy, zarobkach, kredytach, i  liście zakupów na jutrzejszy obiad (jeśli oczywiście ktokolwiek ma czas na robienie obiadu). Zajmujemy się outfit’em i niezłym „look’iem” na imprezę. Poświęcamy czas na bezrefleksyjne dłubanie w nosie, ciągnące się bez końca rozmyślanie czy lepsza będzie pralka  z zabezpieczeniem przed ustawieniem szkodliwych parametrów prania czy też ta nieco droższa z ulepszonym zabezpieczeniem przed itd.. Wpisujemy nasze PIN’y i PUK’i, wprowadzamy hasła, przetwarzamy dane. Zapieprzamy tak szybko, że nie tylko droga obok, kiedy na nią spojrzeć, rozmywa się i tworzy piękny blur-effect jak w photoshopie, ale i my sami rozpuszczamy się, nie mając pojęcia gdzie przebiega granica między kliknięciem w „zaloguj”, a naszym palcem. Coraz mniej jest wychodzenia ze swojego ogródka i prawdziwego spotkania z drugim człowiekiem, a coraz więcej w ludziach zer i jedynek.

I osobiście jest mi okrutnie smutno z tego powodu. Z innych zresztą też. A wolałbym, żeby mnie to tylko wkurwiało. Wtedy jak ze wszystkimi rzeczami, które denerwują i z którymi równocześnie nic zrobić się nie da – przeszedłbym do porządku dziennego, zaparzył herbatę i zapomniał. Ale nie potrafię.

Bo zrobić się da. A ja mam na to ochotę.

Na pisanie o rzeczach błahych i tych trochę ważniejszych.

Na lepsze czucie i bycie bardziej „w” niż „obok”. Bo choć „obok” jest bardziej wygodniejsze – można sobie przytargać fotel i szamać czipsy, tak „w” daje ostatecznie więcej frajdy. Wiem z doświadczenia.

Mam chęć na dzielenie się pierdołami zwykłymi i niezwykłymi.

Na prowokację – do myślenia albo do wymiotów (Postaram się raczej o to pierwsze).

Na zachęcenie do pochylenia się nad rzeczami, które dotąd były niezauważalne i o których można by bardziej obrazowo powiedzieć, że niektórzy mieli w dupie.

Na piątek z Pankracym i callanetics. Mazurka z kokosem i na zapach świeżo skoszonej trawy. Na Żwirka i Muchomorka. Na ying i yang.

Na wszystko to, czego nie napisałem, a jednak będzie.

Świadomy heroiczności swojego własnego pomysłu, wkładam lśniącą zbroję wykutą przez sprawne dłonie braci Coja, Kurwa i Robię z solidnego kawałka (nie)pewności siebie. Wydobywana przez dzielnych górników z pokładów kopalni im.Wątpliwych-Zdolności-Przelewania-Myśli-Na-Papier powinna całkiem nieźle spełniać swoją rolę. (Mimo, że rola, jak wiemy – jest chłopa)

Powalczę orężem wszelakim. Wyżyję się machając gdzie popadnie abstrakcją. Nie zawaham się użyć ironii, bo cenię ja sobie całkiem, całkiem.   Mój wierny giermek będzie niestety tylko komplikował sprawę podpowiadając mi same zagrania nie-wprost, mierzące w czułe punkty niekonwencjonalnego myślenia i we wspomnianą już umiejętność ogarniania rzeczywistości. Ale i tak go lubię.

Uspokoję jednak tych, którzy po tym wywodzie z drżącą ręką przewijać zaczną kolejne wiersze. Jedni mając mieszane uczucia, co do logiczności, spójności i ogólnego poziomu sensowności wywodu, drudzy mówiący sobie po prostu cicho w duchu „Tomi nie pierdol”. Będzie też tradycyjnie. Ze wstępem, rozwinięciem i zakończeniem. W trzynastozgłoskowcu lub rymach częstochowskich. Z szeryfem i z bandytami. Królewną, siedmioma kamykami, wzgórzami i pierdołami. Oraz z jeźdźcem oddalającym się ku zachodzącemu słońcu z wielkim napisem happy end. Dla zwykłego mnie i dla zwykłego Ciebie.

Bym bardzo chciał.

Mam nadzieję, że niezmiernie długi ciąg jedynek i zer na tym blogu, wywoła coś bardzo niezerojedynkowego.

Kupcie sobie kit-kat’a, zróbcie przerwę na gorący kubek.

Albo na pół litra.

Spotkajmy się tutaj – na krańcach naszych światów.

Zróbcie sobie Przystanek. Tak na chwilę. Ja postaram się dać wam tutaj do tego okazję.


P.S. Dowcip:

W pewnej wiosce mieszkał sobie gospodarz, który miał kurnik. Prawie co noc do tego kurnika zakradał się sprytny lisek i pożerał kurę albo koguta, zależy na co miał chrapkę. I tak to trwało przez jakiś czas, aż wreszcie pewnego dnia gospodarz złapał liska i pyta:
– Czy to ty wyjadasz stopniowo mój drób?
Na co sprytny lisek:
– Nie!
A tak naprawdę to był on.
 
 
P.S.2 Aha, no i odpowiedź.

42.